Nikogo nie zaskoczę, mówiąc, iż obchodzimy dziś rocznicę daty ważnej, ważnej i znamiennej – siódma rocznica proklamowania w Groznym, dzisiejszym Anaterze, Wielkiego Księstwa Winkulii i rozpoczęcia długiej ścieżki, która ostatecznie doprowadziła do zjednoczonej i niepodległej Winkulii, jaką cieszymy się dziś. Choć początkowo obejmujące zaledwie północną część rdzennych ziem winkulijskich Księstwo było dla przebywającej dotąd na emigracji w Athos diaspory winkulijskiej pierwszym krokiem ku odrodzenia ojczyzny, dotąd istniejącej pod zaborami dwóch agresorów – Brodrii i Unii Trzech Narodów, które zajęły obie części państwa winkulijskiego wiosną 2018 roku, perfidnie wykorzystując okres niestabilności politycznej w kraju po ponownym odejściu jego założyciela, Szymona Uchastoka.
Te dwa imperialistyczne mocarstwa, brodryjski niedźwiedź i unijny wilk, powaliły winkulijską państwowość, dzieląc się nią niby łupem, czyniąc więc rzecz dalece bardziej przypominającą praktyki yoyonacji niż ówczesna Winkulia, której taką łatkę przecież przypisywano. Przez większą część roku 2018 Winkulijczycy zmuszeni byli błąkać się po Mikroświecie, znosząc szykany i ucisk, zwłaszcza ze strony UTN, która usilnie starała się przekonać Winkulijczyków, iż Winkulijczykami nie są, a powinni raczej „zintegrować się” z resztą, „ucywilizować”, dołączyć do którejś z „poważnych” mikronacji. Mimo, że moje własne v-życie rozpoczęło się, gdy owe wydarzenia były już historią, mogę się z czystym sumieniem utożsamiać z poczuciem niesprawiedliwości wypędzonych Winkulijczyków – zjawisko szufladkowania nowopowstałych projektów jako yoyonacje trwało jeszcze przez wiele lat i sam go doświadczyłem, choć od paru lat, jak mi się zdaje, słabnie. Nie można jednak porównywać żadnego chyba przypadku wrogości starych państw wobec nowych do przypadku Winkulii, gdzie pogarda wyszła poza wszelkie skale, zamieniając się w morderczą pogoń za Winkulijczykami, wspólny wysiłek okupantów i nie tylko, by wymazać winkulijkość z map Pollinu i z umysłów jej mieszkańców.
Umówmy się: większość istniejących dziś, a nawet pyszniących się wielką aktywnością i wpływem państw nie poddałaby się takiej próbie, zwłaszcza gdyby była przeprowadzona w wczesnych etapach istnienia owych mikronacji; ich obywatele pogodziliby się z utratą ojczyzny i po paru miesiącach przeszliby nad tym faktem do porządku dziennego, angażując się w pozostałe istniejące, być może wykonujące wcześniej wyrok śmierci na ich krajach społeczności, żartując potem z grzechów młodości polegających na pragnieniu uczynienia czegoś własnego, albo gorzej, kuląc się ze wstydu przed starszymi kolegami ze względu na swój ubrudzony tą czy inną yoyonacją życiorys. Nie jest to zresztą gdybanie, gdyż taka sytuacja zdarzała się już w historii naszego świata i kontynentu wielokrotnie. Tym gorzej, że prób wymazywania winkulijskiego (istniejącej już wówczas koło trzech lat, jak na standardy Nordaty – długo) poczucia odmiennej tożsamości dokonały państwa i obywatele Nordaty – tej samej Nordaty, która przez lata służyła tej „lepszej” części Mikroświata jako śmietnik yoyonacji, kolonia karna, zakład zamknięty trollów, poprawczak, z którego albo się wychodziło, dorastając do standardów „poważnych” mikronacji, albo w którym pozostawało się na zawsze, będąc uwikłanym w wieczne wojenki i zmienne sojusze między powstającymi a upadającymi państewkami. Ci sami Nordatczycy, którzy wyzwolili się z wiary w ten stereotyp i zaakceptowawszy własne towarzystwo, styl działania i prowadzenia państwa z czasem uzyskiwali coraz większe uznanie ze strony reszty Pollinu – choć bez przesady – teraz dokonywali tego samego podziału wobec swoich młodszych stażem sąsiadów, zrzuciwszy z siebie więzy yoyonacyjnej nordackości założyli je od razu komuś innemu, nie mogąc zdzierżyć sytuacji, w której nikim nie pogardzają ani przez nikogo nie są pogardzani. A jednak: ci, którzy z tamtych czasów przetrwali do dziś mogą przekonać się niechybnie, że Winkulia ma się dziś dobrze. W 2018 była Brodria i była Unia Trzech Narodów, a dziś nie ma żadnego z tych państw: obróciły się w proch i pył, podczas gdy Winkulia, dawniej w proch i w pył obrócona, miała siłę podnieść się z wstrząsającego upadku ojczyzny i żyć; żyje do dzisiaj.
Zbyt często dziś mamy w Mikroświecie tendencję do porzucania tradycji i starych projektów na rzecz nowych. Ciężko mi uwierzyć w państwa, które po istnieniu przez rok postanowiły wejść w skład innego państwa, ciężko mi uwierzyć w społeczeństwa, które przez pół roku mogą zostać skolonizowane i podporządkowane obcej kulturze, ciężko mi uwierzyć w przywódców, którzy, znudziwszy się ziemią ojczystą, ruszają na dobrowolne wygnanie, zapominając o swojej narodowości i tożsamości, by nazywać się potem Dreamlandczykiem, Sarmatą czy Leotą, ciężko mi na ostatek uwierzyć w państwa, które pozostawione same sobie przez paru – czołowych być może, jasne – polityków upadają, robiąc miejsce dla kolejnych, które najczęściej ignorują przeszłą bytność innego zgoła ludu.
A jednak duch winkulijski jest inny – jest ciągły, trwały, stawia opór próbom jego przygaszenia, ma potencjał na zainteresowanie sobą mikronautów urodzonych na innych ziemiach, jest słowem typowo narodowy, taki, jaki powinien być, taki, jakie powinny być tożsamości narodowe i/lub kulturowe wszystkich dużych projektów mikronacyjnych. Jest rzetelny. Jestem w stanie uwierzyć, że mogłoby gdzieś w realu istnieć takie państwo i takie społeczeństwo, czego nie mogę powiedzieć o większości pozostałych mikronacyjnych „narodów”. Gdy na początku swej mikronacyjnej kariery zgłębiałem po kolei specyfikę różnych państw Nordaty, Związek Winkulijski zawsze zdawał mi się tym standardem, przykładną nordacką monarchią z raczej zgranym społeczeństwem, w miarę silną pozycją i zapewnionym zapamiętaniem na kartach historii Kontynentu Północnego. Podczas gdy miałem okazję obserwować secesje i fuzje kolejnych mikronacji, Winkulia zawsze trwała na swoim południowo–wschodnim miejscu, a w Kanugradzie zawsze był Król. A to wszystko, cała ta cudowna stałość nie byłaby możliwa, gdyby nie dawny zryw odwagi Winkulijczyków pod kierownictwem Erika Ottona von Hohenburga.
Dalsza historia Wielkiego Księstwa Winkulijskiego i sprawy zjednoczeniowej to już – cóż – historia. Nowoutworzone przez Erika Ottona von Hohenburga na północnej, brodryjskiej części po rozpadzie tegoż zaborcy pomimo szyderstw i wieszczeń szybkiego upadku gromadziło rozdzielonych po obcych lądach Winkulijczyków. Na początku 2019 Księstwo zostało wcielone do Stanów Zjednoczonych Centrazji, Centrazja zaś weszła do I Federacji Nordackiej, tworu podobnego do upadłej w międzyczasie Unii Trzech Narodów. Tam Winkulia ostatecznie już udowodniła wszystkim sceptykom swoją wartość, stając się najważniejszą i najaktywniejszą częścią Federacji, a po jej upadku w 2020 najsilniejszym państwem postefeńskim, aktywnie kształtującym sytuację na kontynencie.
Zupełnie uzasadniony jest więc zachwyt nad swoistym małym cudem, nad faktem, iż mała, zaszufladkowana, a potem podbita i podzielona Winkulia, Winkulia Upadająca nie zatraciła swej świadomości i powróciła, a potem wybiła się na szczyt, przeżywając swoich oprawców i zdobywając dominującą pozycję na Nordacie jako jedna z jej czołowych potęg, stając się Nordatą Zwycięską. Nikt, nawet w najśmielszych, skrajnie nacjonalistycznych, pijackich snach by tego nie przewidział. Dlatego z taką pompą świętujemy dziś dzień założenia Księstwa, który, choć ówcześnie mógł wydawać się nieistotny, był pierwszym, tym najtrudniejszym zawsze krokiem na drodze ku wyzwoleniu. Erik, Egvall, Kardacz, Sewybrał, Paderewski, von Tehen-Dżek, a nawet, czy może raczej: przede wszystkim Szymon Uchastok – bez nich wszystkich, a także bez wielu zapomnianych czy nigdy nie wspominanych cichych bohaterów nie mielibyśmy nie tylko współczesnej Winkulii, ale Nordaty w ogóle, w takiej postaci, w którą widzimy ją dziś: silnej i zjednoczonej jak nigdy. Żeby Winkulia była Winkulią, ktoś ją musiał wcześniej wskrzesić, ktoś musiał zrobić ów pierwszy krok.